Zasilanie awaryjne domu. Jak zapewnić ciągłość zasilania w razie awarii prądu?
Zasilanie awaryjne domu. Jak zapewnić ciągłość zasilania w razie awarii prądu?
fot. puhimec / stock.adobe.com
Zanik napięcia to nie tylko chwilowa niewygoda. Przerwa liczona w minutach kończy się zwykle na zgaszonym świetle i zresetowanym zegarku w piekarniku, ale awaria trwająca kilkanaście godzin albo kilka dni potrafi wyłączyć ogrzewanie, wodę, wentylację i systemy zabezpieczeń, a w skrajnych przypadkach doprowadzić do zamarznięcia instalacji. Skutki są tym poważniejsze, im bardziej dom jest naszpikowany automatyką i im dłużej trwa usuwanie uszkodzeń sieci. Jak przygotować budynek na taką sytuację i które rozwiązanie wybrać, żeby wydatek miał sens?
Zanim zaczniemy szukać winy w sieci energetycznej, warto wykluczyć usterkę we własnej instalacji lub w konkretnym odbiorniku. Diagnostykę prowadzimy od rozdzielnicy, bo tam widać większość typowych przyczyn.
Wszystkie dźwignie wyłączników nadprądowych i różnicowoprądowych powinny być podniesione. Opuszczona dźwignia oznacza, że zabezpieczenie zadziałało, a to zawsze jest reakcja na konkretne zjawisko: przeciążenie obwodu, zwarcie albo prąd upływu. Jedna próba ponownego załączenia jest dopuszczalna, ale powtarzanie jej bez ustalenia przyczyny nie ma sensu. Jeśli wyłącznik od razu wybija ponownie, trzeba odłączyć wszystkie odbiorniki z uszkodzonego obwodu i dołączać je pojedynczo, aż winowajca się ujawni. Najczęściej okazuje się nim zawilgocona puszka w łazience, przepalona grzałka, uszkodzony przewód narzędzia albo zalane gniazdo na tarasie.
Po burzy sprawdźmy dodatkowo ogranicznik przepięć. Zadziałanie wkładu sygnalizuje zmiana koloru okienka kontrolnego albo wysunięcie modułu z podstawy. Ochronnik po wyładowaniu przestaje spełniać swoją funkcję i wymaga wymiany, nawet jeśli instalacja pracuje normalnie.
W instalacji trójfazowej za zabezpieczeniem głównym świecą lampki sygnalizujące obecność napięcia na poszczególnych fazach. Zgaszona jedna lampka to zanik jednej fazy, sytuacja zdradliwa, bo część domu działa dalej i łatwo to przeoczyć. Tymczasem silniki trójfazowe zasilane dwiema fazami grzeją się i szybko ulegają uszkodzeniu, dlatego pompę ciepła, hydrofor czy urządzenia warsztatowe należy wtedy wyłączyć i nie próbować ich uruchamiać do czasu przywrócenia pełnego zasilania. Zgaszone wszystkie lampki wskazują na wyłączenie sieci albo uszkodzenie przyłącza.
Diagnostykę awarii zaczynamy od rozdzielnicy – wszystkie dźwigienki powinny być skierowane ku górze, fot. Hager.
Kolejny krok to rozejrzenie się poza własną działkę. Ciemne okna u sąsiadów i zgaszone latarnie uliczne przesądzają sprawę: przyczyna leży w sieci. Awarię zgłaszamy do pogotowia energetycznego pod ogólnopolskim numerem 991 albo przez aplikację operatora, który zwykle udostępnia też mapę awarii z prognozowanym czasem usunięcia usterki oraz harmonogram wyłączeń planowanych. Warto tam zajrzeć, bo spora część przerw w dostawie prądu jest zapowiadana z wyprzedzeniem i po prostu umyka uwadze.
Jeśli prąd zniknął tylko u nas, a rozdzielnica nie wykazuje nic podejrzanego, problem może dotyczyć złącza kablowego, zabezpieczenia przedlicznikowego lub samego licznika. Tych elementów nie wolno otwierać, bo są plombowane i stanowią własność operatora, a napięcie występuje na nich także przy wyłączonym zabezpieczeniu głównym w domu.
Bonifikata za przerwy i odszkodowanie za uszkodzony sprzęt
Operator nie może wstrzymywać dostaw energii dowolnie długo, a przekroczenie dopuszczalnych limitów uprawnia odbiorcę do bonifikaty. Limity oraz zasady wypłaty bonifikat wynikają jednak z dwóch różnych aktów prawnych, które bywają ze sobą mylone. Dopuszczalne czasy przerw określa tzw. rozporządzenie systemowe, czyli rozporządzenie Ministra Klimatu i Środowiska w sprawie szczegółowych warunków funkcjonowania systemu elektroenergetycznego. Dla gospodarstw domowych, należących do IV i V grupy przyłączeniowej, jednorazowa przerwa planowana nie może przekroczyć 16 godzin, a nieplanowana, czyli awaryjna, 24 godzin. W skali roku kalendarzowego limit wynosi 35 godzin przerw planowanych i 48 godzin nieplanowanych.
Znaczenie ma przy tym sposób powiadomienia. Przerwa planowana, o której operator nie uprzedził odbiorców co najmniej pięć dni przed wyłączeniem, jest w świetle przepisów traktowana jak przerwa nieplanowana, a więc wliczana do limitu przerw nieplanowanych. Warto to sprawdzić, jeśli o wyłączeniu dowiedzieliśmy się z kartki na słupie w dniu jego wykonania.
Wysokość bonifikaty regulują natomiast przepisy tzw. rozporządzenia taryfowego, dotyczącego szczegółowych zasad kształtowania i kalkulacji taryf oraz rozliczeń w obrocie energią elektryczną. Odbiorcy przyłączonemu do sieci niskiego napięcia przysługuje za każdą niedostarczoną jednostkę energii dziesięciokrotność jej ceny z okresu, w którym wystąpiła przerwa. Przy przyłączach powyżej 1 kV mnożnik jest pięciokrotny. Ilość niedostarczonej energii ustala się na podstawie poboru w analogicznym dniu poprzedniego tygodnia, więc jeśli prądu nie było w środę między 12.00 a 18.00, podstawą wyliczenia będzie zużycie z tych samych godzin poprzedniej środy. Bonifikatę operator ma obowiązek udzielić w ciągu 30 dni od złożenia wniosku.
Osobną sprawą jest sprzęt zniszczony przez wahania napięcia: spalona płyta indukcyjna, sterownik pompy ciepła czy zasilacz komputera. Tutaj podstawą roszczenia jest art. 435 § 1 Kodeksu cywilnego, zgodnie z którym przedsiębiorstwo wprawiane w ruch za pomocą sił przyrody odpowiada za szkodę na zasadzie ryzyka. Nie musimy dowodzić winy operatora, wystarczy wykazać związek przyczynowy między zdarzeniem w sieci a uszkodzeniem urządzenia. Zakład energetyczny zwolni się z odpowiedzialności tylko wtedy, gdy szkoda powstała z powodu siły wyższej, wyłącznej winy poszkodowanego albo winy osoby trzeciej. Co ważne, art. 437 Kodeksu cywilnego zabrania wyłączania lub ograniczania tej odpowiedzialności z góry, więc zapisy umowne i regulaminowe próbujące to robić są bezskuteczne. Do wniosku warto dołączyć zgłoszenie awarii z numerem, opinię serwisu o przyczynie uszkodzenia oraz dowód zakupu sprzętu.
Ile mocy potrzebuje dom bez zasilania?
Dobór urządzeń zasilania awaryjnego zaczyna się od uczciwego bilansu, a nie od przeglądania ofert. Znaczenie ma zarówno moc chwilowa wszystkich odbiorników włączonych jednocześnie, którą źródło musi udźwignąć, jak i energia zużywana w ciągu doby, od której zależy pojemność akumulatorów lub zapas paliwa. Zapotrzebowanie rośnie w okresie jesienno-zimowym: dzień jest krótki, ogrzewanie pracuje niemal bez przerwy, a w domach z rozbudowaną automatyką brak prądu blokuje bramę wjazdową, sterowanie ogrzewaniem, wentylację i rolety.
Listę odbiorników krytycznych warto ograniczyć do niezbędnego minimum, opisując przy każdym moc, rodzaj prądu, przewidywany czas pracy i sposób podłączenia. W typowym domu jednorodzinnym mieści się to w granicach tysiąca watów. Oświetlenie LED w kilku pomieszczeniach to najwyżej 100 W, chłodziarka pobiera 100–200 W, automatyka kotła gazowego wraz z pompą obiegową 100–150 W, router i doładowywane telefony około 30 W, a centrala alarmowa z kamerami 30–50 W. Telewizor lub komputer dokłada 100–300 W, choć bez nich da się przeżyć każdą awarię.
Nie mniej ważna od sumy watów jest energia dobowa, bo ona decyduje o realnym czasie podtrzymania. Chłodziarka zużywa w ciągu doby 0,8–1,2 kWh, kocioł z pompą 1–2 kWh, oświetlenie i elektronika kolejne 0,5–1 kWh. Utrzymanie domu w stanie znośnym wymaga więc 2,5–4 kWh na dobę i to jest liczba, którą trzeba porównywać z pojemnością magazynu energii albo z pojemnością zbiornika paliwa.
Osobnym problemem są odbiorniki z silnikami, które przy rozruchu pobierają wielokrotność mocy znamionowej. Pompa hydroforowa lub głębinowa o mocy 500–1000 W potrzebuje na starcie trzy–pięć razy więcej, podobnie sprężarka chłodziarki i klimatyzatora. Źródło awaryjne dobrane wyłącznie do mocy roboczej po prostu wyłączy się na zabezpieczeniu. Pompa ciepła jest pod tym względem najtrudniejsza: pobiera zwykle 1,5–4 kW, a bez układu łagodnego rozruchu wymaga agregatu lub magazynu energii o mocy z dużym zapasem. Jeśli budynek ogrzewa pompa ciepła, warto rozważyć zasilanie awaryjne jedynie samej pompy obiegowej i sterowania oraz przewidzieć alternatywne źródło ciepła na czas dłuższej awarii. Rekuperator z kolei pobiera niewiele, 50–150 W, ale w szczelnym domu jego postój po kilkunastu godzinach staje się odczuwalny.
Sposób połączenia źródła awaryjnego z domem sprowadza się do trzech wariantów: automatycznego przełączania po zaniku napięcia sieciowego, ręcznego przełączania przez użytkownika oraz bezpośredniego podłączenia odbiornika do źródła, z pominięciem instalacji budynku. Pierwsze rozwiązanie jest najwygodniejsze i najdroższe, trzecie najtańsze i najbardziej kłopotliwe w codziennym użyciu.
Zasilacz UPS – ochrona elektroniki i kotła
Urządzenia wrażliwe na nagłe odcięcie napięcia wymagają źródła, które reaguje w milisekundach, a nie po kilkudziesięciu sekundach potrzebnych na uruchomienie agregatu. Tę rolę pełni zasilacz UPS (Uninterruptible Power Supply), czyli akumulator z falownikiem i automatycznym przełącznikiem w jednej obudowie. Poza podtrzymaniem zasilania filtruje on również wahania napięcia, które w wiejskich sieciach o długich obwodach potrafią zakłócać pracę elektroniki znacznie częściej niż same zaniki.
Domowe zasilacze o mocy 500–1500 VA dają kilkanaście minut pracy, co wystarcza na zapisanie plików i poprawne zamknięcie komputera. Dołączane oprogramowanie potrafi zamknąć system samodzielnie, gdy naładowanie akumulatora spadnie do ustawionego poziomu, co ma znaczenie przy awarii w czasie naszej nieobecności.
Topologie i wynikające z nich różnice
Najtańsze zasilacze offline czekają bezczynnie i przełączają się na akumulator po zaniku napięcia, z przerwą rzędu kilku milisekund. W domu sięga się jednak przede wszystkim po konstrukcje line-interactive, które mają dodatkowo układ stabilizacji napięcia i przy niewielkich wahaniach korygują je bez sięgania po energię z akumulatora. Najdroższe zasilacze online przetwarzają napięcie bez przerwy, ale w budynku jednorodzinnym rzadko są potrzebne.
Przy zakupie łatwo pomylić dwie jednostki mocy. Podawane na obudowie woltoampery to moc pozorna, a rzeczywistą moc czynną otrzymamy po przemnożeniu jej przez współczynnik mocy, który dla domowych zasilaczy wynosi 0,6–0,9. Zasilacz 900 VA obsłuży więc realnie 540–720 W, nie 900 W.
Zasilacz UPS chroni komputer i inne wrażliwe urządzenia przed skutkami zaników napięcia, fot. Intex.
UPS dla kotła gazowego
Zasilanie automatyki kotła z zasilacza UPS jest jednym z najtańszych sposobów utrzymania ogrzewania w czasie awarii, ale wymaga urządzenia dobranego świadomie. Kocioł gazowy potrzebuje przebiegu zbliżonego do czystej sinusoidy oraz prawidłowego odniesienia przewodu neutralnego do uziemienia. Czujnik jonizacyjny kontrolujący obecność płomienia mierzy prąd przepływający przez płomień względem masy palnika, dlatego zasilacz z tak zwaną sinusoidą modyfikowaną albo z wyjściem bez odniesienia do PE potrafi wywołać błąd braku płomienia i zablokować kocioł, mimo że napięcie jest obecne. Warto też pamiętać o właściwej biegunowości L i N w gniazdku, na którą część kotłów reaguje wyłączeniem.
Zestaw dla instalacji grzewczej buduje się zwykle z zasilacza o mocy 800–1500 VA z czystym sinusem i możliwością podłączenia zewnętrznych akumulatorów. Sam kocioł z elektroniczną pompą obiegową pobiera 100–150 W, więc dwa akumulatory po 100 Ah dają realnie osiem–dziesięć godzin pracy ogrzewania. Zasilacza UPS nie ma natomiast sensu stosować do odbiorników grzejnych i silników większej mocy, bo pojemność akumulatorów wyczerpie się w kilka minut.
Akumulator z falownikiem – podtrzymanie ogrzewania
Rozwiązaniem pośrednim między zasilaczem UPS a agregatem jest zestaw złożony z falownika wyspowego, akumulatorów i ładowarki. Falownik o mocy 0,5–3 kW wytwarza napięcie 230 V z akumulatora 12 lub 24 V, ładowarka utrzymuje akumulatory w pełnym naładowaniu, dopóki sieć pracuje normalnie, a układ automatycznego przełączania przenosi odbiorniki na falownik po zaniku napięcia. Taki zestaw obsłuży kocioł, oświetlenie, chłodziarkę i elektronikę, natomiast rozruch hydroforu bywa dla niego zbyt trudny.
Czas pracy zależy nie od nominalnej pojemności akumulatora, lecz od pojemności użytecznej. Akumulator kwasowy albo AGM o parametrach 12 V/100 Ah magazynuje nominalnie 1200 Wh, ale rozładowywanie go poniżej połowy pojemności drastycznie skraca żywotność, a sprawność falownika zabiera kolejne 10–15%. Do dyspozycji zostaje realnie około 500 Wh, co przy obciążeniu 100 W oznacza cztery, może pięć godzin pracy. Podtrzymanie ogrzewania przez całą dobę wymaga zatem banku akumulatorów o pojemności rzędu 500–600 Ah albo ogniw litowo-żelazowo-fosforanowych, które można rozładowywać do 80–90% pojemności i wytrzymują kilka tysięcy cykli zamiast kilkuset. Litowy magazyn o pojemności 2,4 kWh daje więcej energii użytecznej niż trzy akumulatory kwasowe po 100 Ah i zajmuje ułamek miejsca, choć w chwili zakupu kosztuje wyraźnie więcej.
Zestaw akumulatorowy trzeba utrzymywać w gotowości. Akumulatory kwasowe samorozładowują się nawet o kilka procent miesięcznie, źle znoszą postój w stanie częściowego rozładowania i tracą pojemność w niskiej temperaturze, dlatego lokalizacja w nieogrzewanym garażu jest złym pomysłem. W przypadku ogniw litowych trzeba z kolei sprawdzić, czy ładowarka i falownik mają ustawiony właściwy profil ładowania. Nie wolno ich też ładować przy temperaturze poniżej zera.
Falownik musi generować czystą sinusoidę. Tańsze konstrukcje z sinusoidą modyfikowaną, czyli z przebiegiem schodkowym, poradzą sobie z żarówką i grzałką, ale silniki pomp grzeją się w takich warunkach i buczą, elektronika kotła może odmówić współpracy, a zasilacze impulsowe pracują z obniżoną sprawnością.
Fotowoltaika z magazynem energii jako zasilanie awaryjne
Instalacja fotowoltaiczna sama z siebie nie zabezpiecza domu przed skutkami awarii sieci i jest to jedno z najczęstszych nieporozumień związanych z tą technologią. Falownik sieciowy po zaniku napięcia obowiązkowo się wyłącza. Odpowiada za to wymagane przepisami zabezpieczenie przed pracą wyspową, które chroni ekipy energetyczne przed napięciem na naprawianym odcinku linii. W środku słonecznego dnia panele mogą więc produkować energię, a w gniazdkach nie ma prądu.
Żeby fotowoltaika działała podczas blackoutu, potrzebny jest falownik hybrydowy z funkcją pracy wyspowej oraz magazyn energii. Dostępne rozwiązania różnią się natomiast tym, jaką część domu obejmują, i jest to kwestia do rozstrzygnięcia przed zakupem, nie po. Prostsze falowniki mają wydzielone wyjście rezerwowe, z którego zasila się osobną rozdzielnicę obwodów krytycznych, czyli tych, które mają pracować w czasie awarii. Konstrukcje wyposażone we wbudowany albo zewnętrzny przełącznik automatyczny odcinają od sieci całą instalację budynku i zasilają ją w komplecie, bez przebudowy rozdzielnicy i bez dzielenia obwodów na ważniejsze i mniej ważne. To drugie rozwiązanie jest wyraźnie wygodniejsze w eksploatacji i tańsze w montażu, bo odpada spora część prac elektrycznych.
Po zaniku napięcia falownik odcina instalację od sieci i zasila odbiorniki z akumulatora oraz paneli. Przerwa wynosi zwykle 10–20 ms, czyli tyle, że oświetlenie i sprzęt domowy tego nie odnotują, natomiast komputer bez zasilacza UPS może się zrestartować.
Niezależnie od przyjętej architektury pozostaje ograniczenie mocy. Wyjście awaryjne przenosi zwykle 3–5 kW w układzie jednofazowym i ma ograniczoną zdolność do obsługi prądów rozruchowych, więc pompy ciepła i hydroforu nie należy do niego przypisywać bez sprawdzenia danych katalogowych. Przy podtrzymaniu całej instalacji o zużyciu decyduje po prostu użytkownik: w czasie awarii nie korzystamy z płyty indukcyjnej, piekarnika i przepływowego ogrzewacza wody, a reszta domu działa normalnie. Przekroczenie limitu kończy się wyłączeniem wyjścia rezerwowego, bo falownik nie ma jak zrzucić obciążenia. W budynku z instalacją trójfazową pełne podtrzymanie wymaga falownika trójfazowego, hybryda jednofazowa obsłuży bowiem tylko jedną fazę.
Największą zaletą tego rozwiązania jest samodzielne uzupełnianie energii. Magazyn o pojemności 10 kWh pokrywa dobowe zapotrzebowanie krytyczne z dużym zapasem, a doładowywanie z paneli pozwala przetrwać kilkudniową awarię bez żadnej obsługi, paliwa i hałasu, choć zimą możliwości tego rozwiązania są wyraźnie mniejsze. W aplikacji falownika warto ustawić rezerwę stanu naładowania, na przykład 30%, bo magazyn pracujący wyłącznie na optymalizację rachunków bywa wieczorem pusty, a przed zapowiedzianym wyłączeniem można ją podnieść.
Jaką pojemność magazynu wybrać?
Pojemność magazynu warto odnosić nie tyle do mocy paneli, ile do tego, ile energii dom zużywa po zachodzie słońca i jaką moc musi wtedy pobierać. Relacja do mocy paneli bywa wygodnym punktem wyjścia, ale sama nie wystarczy. Magazyn dobrany według zasady jednej kilowatogodziny na każdy kilowat mocy paneli w słoneczny letni dzień napełnia się w ciągu dwóch–trzech godzin, a przez resztę dnia produkcja idzie do sieci. Wartość takiej energii w rozliczeniu net-billing jest w południe niska, bo nadwyżki mają wtedy wszystkie instalacje w systemie, a w godzinach z cenami zerowymi lub ujemnymi nie ma jej wcale. Mieszkańcy są w tym czasie zwykle w pracy, więc energii nie da się zużyć na miejscu. Z tego punktu widzenia każda kilowatogodzina pojemności pracuje na właściciela mocniej niż kolejny panel na dachu.
Drugi parametr, o którym mówi się zdecydowanie za rzadko, to dopuszczalna moc rozładowania magazynu. W domowych magazynach litowych wynosi ona zwykle około 0,5 C, czyli połowę liczby opisującej pojemność: moduł 5 kWh oddaje najwyżej mniej więcej 2,5 kW, a magazyn 10 kWh około 5 kW. Skutki są odczuwalne wieczorem: przy małym magazynie jednoczesne włączenie płyty indukcyjnej, piekarnika i czajnika przekracza ten limit, więc falownik dobiera brakującą moc z sieci, mimo że energii w akumulatorze jest pod dostatkiem. Dzieje się to dokładnie w godzinach szczytu, kiedy prąd z sieci jest najdroższy. Magazyn 15 kWh pozwala pobierać około 7,5 kW, a więc więcej, niż typowy dom potrzebuje w jednej chwili. Trzeba tylko pamiętać, że górnym ograniczeniem pozostaje moc falownika: przy jednostce 5 kW nadwyżka możliwości magazynu i tak pozostanie niewykorzystana.
Z obu tych powodów jedna kilowatogodzina na kilowat mocy paneli jest wartością minimalną, wystarczającą tylko przy skromnych potrzebach. Dla domu, w którym magazyn ma pokrywać wieczorne szczyty i dawać realną niezależność, rozsądny przedział to 1,5–3 kWh na każdy kilowat mocy paneli, a poniżej 10 kWh nie warto schodzić nawet w niewielkim budynku. Nie chodzi przy tym o zapas energii, który do samego podtrzymania obwodów krytycznych bywa wystarczający, lecz właśnie o dopuszczalną moc rozładowania. Większy magazyn przy mniejszej liczbie paneli ma też zaletę formalną: zestaw rzędu 5–6 kWp i 15 kWh mieści się poniżej progów, od których przepisy wymagają dodatkowych uzgodnień i zgłoszeń.
Granicą tego rozumowania jest zima. W grudniu instalacja 5 kWp produkuje średnio 3–4 kWh na dobę, w dni pochmurne wyraźnie mniej, a dopiero mroźny i słoneczny dzień pozwala liczyć na osiem–dziesięć kilowatogodzin, bo w niskiej temperaturze panele oddają nawet więcej, niż wynika z deklarowanej mocy. Magazynu o pojemności kilkunastu kilowatogodzin nie ma wtedy z czego napełnić i żadna relacja pojemności do mocy paneli tego nie zmieni. Jeżeli zależy nam nie tylko na niższych rachunkach, ale też na przetrwaniu kilkudniowej awarii w środku zimy, liczby paneli nie należy ograniczać, a brakującą energię trzeba przewidzieć z innego źródła.
Hybryda z agregatem, czyli tani sposób na długą awarię
Sezonowość produkcji z paneli nie musi przekreślać całego rozwiązania, bo większość falowników hybrydowych ma wejście generatora i potrafi ładować magazyn z agregatu prądotwórczego. Napięcie z agregatu jest w falowniku prostowane, więc jego jakość przestaje mieć takie znaczenie jak przy zasilaniu odbiorników bezpośrednio i do współpracy nadaje się także prosta konstrukcja z układem AVR, która nie utrzymuje idealnych parametrów.
Zysk jest podwójny. Agregat nie musi pokrywać szczytów mocy ani prądów rozruchowych, bo odbiorniki zasila magazyn, więc wystarczy urządzenie o mocy 2–3 kW zamiast dwukrotnie droższego. Poza tym pracuje kilka godzin dziennie przy pełnym obciążeniu, czyli w punkcie najkorzystniejszego zużycia paliwa, a przez resztę doby w domu jest cicho. Przed zakupem trzeba jedynie sprawdzić w danych falownika, czy ma wejście generatora i jakiej stabilności częstotliwości oczekuje, bo najprostsze agregaty bywają odrzucane, oraz czy pozwala uruchamiać agregat stykiem bezpotencjałowym.
Dochodzi do tego brak kłopotów z ochroną przeciwporażeniową. Agregat podłączany bezpośrednio do domowej instalacji wymaga rozstrzygnięcia, w którym miejscu połączyć przewód neutralny z ochronnym, żeby wyłącznik różnicowoprądowy miał szansę zadziałać, i właśnie na tym najczęściej sypią się improwizowane instalacje awaryjne. Przy zasilaniu przez wejście generatora problem nie występuje, bo napięcie dla domu wytwarza falownik i on narzuca warunki ochrony. Wystarczy podłączyć uziemienia do zacisków przewidzianych przez producentów obu urządzeń.
Formalności przy rozbudowie o magazyn energii
Dołożenie magazynu i wymiana falownika na hybrydowy to zmiana rodzaju lub mocy mikroinstalacji, którą trzeba zgłosić operatorowi sieci dystrybucyjnej w ciągu 14 dni od jej wystąpienia. Termin jest bezwzględny, a jego przekroczenie albo całkowite zaniechanie zgłoszenia podlega karze pieniężnej w wysokości 1000 zł. Obowiązuje jednak jeszcze jeden, krótszy termin. Niezależnie od zgłoszenia zmiany w mikroinstalacji Prawo energetyczne wymaga przekazania operatorowi informacji o samym magazynie, wraz z jego danymi technicznymi, w ciągu siedmiu dni od oddania urządzenia do eksploatacji, co wynika z art. 43g ust. 5. Operatorzy łączą zwykle obie procedury w jednym formularzu, więc najbezpieczniej wysłać komplet dokumentów w ciągu tygodnia od uruchomienia magazynu. Aktualizację danych składa się na formularzu wybranego operatora, dołączając schemat elektryczny instalacji po rozbudowie oraz certyfikaty nowego falownika i magazynu, potwierdzające zgodność z kodeksami sieciowymi RfG. Dokumenty te przygotowuje firma wykonująca montaż, a przy zakupie sprzętu na własną rękę trzeba się upewnić, że producent je udostępnia, bo najtańszy magazyn bez certyfikatów bywa formalnie bezużyteczny.
Prawo budowlane traktuje magazyn energii jako odrębne urządzenie techniczne i wiąże procedurę z jego pojemnością nominalną. Montaż magazynu o pojemności do 30 kWh w budynku jednorodzinnym lub jako urządzenia wolnostojącego nie wymaga ani pozwolenia na budowę, ani zgłoszenia do organu administracji architektoniczno-budowlanej. Zgłoszenie staje się konieczne przy pojemności powyżej 30 kWh i do 300 kWh. Typowe domowe magazyny mają od 10 do 15 kWh, mieszczą się więc poniżej tej granicy i przy rozbudowie istniejącej mikroinstalacji nie wymagają niczego poza zgłoszeniem zmiany do operatora.
Trzeba natomiast pamiętać o wymaganiach przeciwpożarowych, które w instalacjach hybrydowych łatwo przeoczyć. Instalacja fotowoltaiczna o mocy przekraczającej 6,5 kW wymaga uzgodnienia projektu technicznego z rzeczoznawcą do spraw zabezpieczeń przeciwpożarowych oraz zawiadomienia Państwowej Straży Pożarnej o zakończeniu montażu i rozpoczęciu użytkowania. Analogiczny obowiązek dotyczy magazynów energii o pojemności powyżej 30 kWh, zarówno wbudowanych, jak i wolnostojących. Do zawiadomienia dołącza się wtedy plan z lokalizacją magazynu w obiekcie i opisem rozwiązań istotnych dla bezpieczeństwa ekip ratowniczych.
Magazyn energii bez fotowoltaiki
Magazyn z falownikiem hybrydowym można zamontować także w domu, który nie ma paneli, i coraz częściej jest to rozwiązanie oferowane osobno. Sens ekonomiczny daje mu taryfa dynamiczna, dostępna dla odbiorców z licznikiem zdalnego odczytu, w której cena energii zmienia się co godzinę: magazyn ładuje się wtedy, gdy prąd jest najtańszy, a rozładowuje wieczorem, w godzinach najdroższych. Dla gospodarstwa domowego zysk bierze się przede wszystkim z uniknięcia zakupu drogiej energii, a nie z jej odsprzedaży, bo wprowadzanie energii do sieci przez odbiorcę bez własnego źródła wytwórczego rządzi się osobnymi zasadami. Opłacalność zależy od różnicy cen między dołkiem a szczytem, pomniejszonej o straty ładowania i zużycie ogniw, więc przed decyzją warto sprawdzić realne notowania z ostatnich miesięcy.
Z punktu widzenia zasilania awaryjnego taki magazyn działa dokładnie tak samo jak w zestawie z panelami, z jedną istotną różnicą: nie ma go z czego doładować. Zgromadzona energia jest zasobem skończonym, który wystarcza na kilka albo kilkanaście godzin, w zależności od pojemności i tego, z czego w czasie awarii zrezygnujemy. Kilkugodzinną przerwę przetrwamy bez żadnej niedogodności, ale przy awarii wielodniowej wracamy do agregatu jako jedynego źródła uzupełniającego.
Formalności są tu trudniejsze niż przy opisanej wyżej rozbudowie mikroinstalacji. Odbiorca bez własnego źródła wytwórczego nie jest prosumentem, lecz odbiorcą aktywnym, więc nie może skorzystać z uproszczonego zgłoszenia, które przepisy przewidują wyłącznie dla mikroinstalacji. Konieczny jest wniosek do operatora o warunki przyłączenia, z podaniem mocy, pojemności i sprawności magazynu, następnie umowa o przyłączenie lub aneks do dotychczasowej oraz dostosowanie umowy dystrybucyjnej. Magazyn musi mieć własny układ pomiarowo-rozliczeniowy, ponieważ rozliczeniu podlega różnica między energią pobraną z sieci a wprowadzoną do niej w okresie rozliczeniowym. Obowiązuje też opisany wyżej siedmiodniowy termin na przekazanie operatorowi informacji o samym magazynie, niezależnie od jego mocy. Do publicznego rejestru magazynów trafiają natomiast wyłącznie instalacje o mocy powyżej 50 kW.
Jaki agregat prądotwórczy wybrać?
Pełna niezależność od sieci przy długotrwałych awariach wymaga własnego źródła energii, a nie tylko jej magazynu. Agregat prądotwórczy pracuje tak długo, jak długo mamy paliwo, i to jest jego przewaga nad każdym akumulatorem.
Przy doborze mocy trzeba rozróżnić dwie wartości podawane w katalogach: moc znamionową, którą urządzenie utrzymuje w pracy ciągłej, oraz moc maksymalną, dostępną tylko przez kilkanaście minut. Bilans odbiorników odnosimy do mocy znamionowej i dokładamy 20–30% zapasu na prądy rozruchowe. Agregat pracujący stale na granicy możliwości pracuje mniej ekonomicznie, szybciej się zużywa i wyłącza się przy każdym starcie sprężarki chłodziarki.
Najmniejsze urządzenia o mocy 800–1200 W wystarczą do zasilenia chłodziarki, obiegu grzewczego i oświetlenia. Kuszą ceną i masą kilkunastu kilogramów, ale mają małe zbiorniki paliwa i w większości nie nadają się do zasilania instalacji domowej, a jedynie do bezpośredniego podłączenia odbiorników przewodem.
Standardem w domu jednorodzinnym są agregaty jednofazowe o mocy 2–3 kW z silnikiem czterosuwowym i układem stabilizacji napięcia AVR. Obsłużą wszystkie obwody krytyczne, o ile nie musimy uruchamiać odbiorników trójfazowych ani wyjątkowo prądożernych. Warto tu jeszcze raz przypomnieć o hydroforze, którego prąd rozruchowy przekracza kilkakrotnie wartość roboczą i bywa najczęstszym powodem zadziałania zabezpieczenia agregatu.
Urządzenia o mocy powyżej 3 kW przeznaczone są dla domów z pompą ciepła, klimatyzacją albo warsztatem. Mają mocniejsze silniki i pojemniejsze zbiorniki, przez co pracują dłużej między tankowaniami, ale są droższe, cięższe i głośniejsze.
Agregat jednofazowy o mocy 2–3 kW pokrywa potrzeby typowego domu jednorodzinnego, fot. Honda.
Agregat inwertorowy czy klasyczny z AVR?
Podział na te dwie grupy ma dziś większe znaczenie praktyczne niż podział według mocy. W agregacie klasycznym napięcie powstaje bezpośrednio w prądnicy, a jego jakość zależy od równości obrotów silnika. Zawartość harmonicznych sięga zwykle 8–15%, co nie przeszkadza żarówkom, grzałkom i prostym silnikom, ale dla automatyki kotła, sprzętu komputerowego i urządzeń z falownikami bywa to jakość napięcia nie do przyjęcia.
Agregat inwertorowy prostuje napięcie z prądnicy i odtwarza je elektronicznie, dzięki czemu zawartość harmonicznych spada poniżej 3%, a przebieg jest praktycznie czystą sinusoidą. Do tego dochodzi tryb ekonomiczny, w którym obroty silnika dostosowują się do obciążenia, oraz obudowa wyciszająca. Poziom hałasu 50–60 dB zamiast 75–95 dB u konstrukcji otwartych bywa argumentem decydującym na małej działce. Kosztem jest wyższa cena i, przy większych mocach, mniejszy wybór modeli.
Paliwo i przechowywanie
Agregaty benzynowe są najtańsze i najlżejsze, mają natomiast jedną poważną wadę: benzyna starzeje się w kanistrze w ciągu kilku miesięcy, a osady z rozłożonego paliwa zatykają gaźnik. Zapas trzeba więc rotować albo stosować stabilizator. Urządzenia zasilane gazem z butli, także dwupaliwowe, rozwiązują ten problem, bo LPG przechowuje się latami, spala czyściej i nie zostawia osadów w silniku, choć moc spada wtedy o mniej więcej 10%. Agregaty wysokoprężne mają sens od mocy około 5 kW w górę, przy założeniu wielu godzin pracy, i są zdecydowanie najdroższe.
Zużycie paliwa łatwo przeliczyć na potrzebny zapas. Agregat 3 kW obciążony do połowy spala 0,8–1,2 l benzyny na godzinę, więc doba pracy z przerwami, wystarczająca do utrzymania ogrzewania i chłodziarki, oznacza 10–15 l. Dwa dwudziestolitrowe kanistry to realistyczne minimum dla domu w rejonie, gdzie awarie zdarzają się regularnie. Warto też pamiętać, że agregat dobrany tak, by udźwignąć gotowanie na płycie elektrycznej, jest znacznie droższy niż zwykła kuchenka gazowa na butlę, która w czasie awarii spełnia to samo zadanie.
Wśród wyposażenia dodatkowego warto zwrócić uwagę na rozruch elektryczny, licznik godzin pracy, zabezpieczenie przed pracą bez oleju oraz układ SZR, czyli samoczynnego załączenia rezerwy, który uruchamia agregat bez udziału użytkownika.
Agregat trójfazowy – moc pozorna i obciążenie faz
Agregaty trójfazowe stosuje się tam, gdzie trzeba zasilić silniki trójfazowe albo gdzie zapotrzebowanie mocy przekracza możliwości urządzeń jednofazowych. W typowym domu bywają kupowane bez potrzeby, dlatego przed decyzją warto sprawdzić, czy nie będzie taniej wydzielić obwodów rezerwowanych na jednej fazie i poprzestać na agregacie jednofazowym.
Jeśli jednak wersja trójfazowa jest konieczna, kluczowe są dwa parametry. Pierwszy to zdolność modelu do poprawnej pracy z obciążeniem jednofazowym, bo większość odbiorników w domu jest właśnie jednofazowa. Drugi to jednostka, w której podano moc. Agregaty trójfazowe opisuje się zwykle w kilowoltoamperach, czyli w mocy pozornej, która nie odpowiada mocy użytecznej. Moc czynną otrzymamy po przemnożeniu jej przez współczynnik mocy, przyjmowany dla silników indukcyjnych na poziomie około 0,8. Agregat opisany jako 10 kVA dostarczy zatem około 8 kW mocy czynnej.
Agregat trójfazowy jest niezbędny przy zasilaniu silników trójfazowych i dużym zapotrzebowaniu na moc, fot. Tryton.
Obciążenie jednofazowe agregatu trójfazowego jest ograniczone i zależy od równomiernego rozłożenia odbiorników na trzy fazy. Z jednej fazy można pobrać 50–60% mocy znamionowej, a jednoczesne zasilanie odbiorników jedno- i trójfazowych część producentów dodatkowo limituje w instrukcji. Przy silnikach trzeba jeszcze zwrócić uwagę na kolejność faz, bo odwrotna da obroty w przeciwnym kierunku, co dla pomp i sprężarek kończy się uszkodzeniem.
Zasada doboru mocy jest w obu przypadkach ta sama: agregat zbyt mały będzie się przeciążać i wyłączać, zbyt duży niepotrzebnie podniesie koszt zakupu, zużycie paliwa przy niskim obciążeniu i poziom hałasu.
Jak podłączyć agregat do instalacji domowej?
Miejscem pracy agregatu jest przestrzeń na zewnątrz budynku, na równym i stabilnym podłożu, osłonięta od deszczu, ale otwarta na przepływ powietrza. Trzeba się liczyć z hałasem uciążliwym dla domowników i sąsiadów, zwłaszcza przy pracy nocnej. Ustawienie urządzenia w pomieszczeniu, na przykład w kotłowni albo piwnicy, jest dopuszczalne wyłącznie przy szczelnym odprowadzeniu spalin na zewnątrz oraz zapewnieniu dopływu powietrza do spalania i chłodzenia. Improwizacja w tym zakresie kończy się zatruciem tlenkiem węgla.
Najprostszy sposób wykorzystania agregatu to połączenie go przewodem bezpośrednio z odbiornikiem, z użyciem przedłużacza i rozgałęźnika. Rozwiązanie docelowe polega na podłączeniu urządzenia do instalacji elektrycznej budynku i wydzieleniu w rozdzielnicy obwodów przeznaczonych do pracy awaryjnej. Warto pomyśleć o tym już na etapie budowy, bo późniejsze przerabianie rozdzielnicy i doprowadzanie osobnego zasilania do wybranych obwodów jest droższe.
Układ połączeń musi bezwzględnie uniemożliwiać jednoczesne zasilanie instalacji z sieci i z agregatu. Służy do tego przełącznik z pozycją zerową, w układzie sieć–0–agregat, z blokadą mechaniczną, albo automat SZR. Wpięcie agregatu do zwykłego gniazdka po to, żeby „podać prąd do domu”, jest praktyką skrajnie niebezpieczną: napięcie przechodzi przez transformator w drugą stronę i pojawia się na naprawianej linii, zagrażając życiu monterów, a powrót zasilania z sieci przy pracującym agregacie kończy się jego zniszczeniem i pożarem instalacji.
Przed uruchomieniem agregat należy uziemić zgodnie z zaleceniami producenta. Osobną kwestią, którą trzeba omówić z elektrykiem, jest sposób połączenia przewodu neutralnego z ochronnym. W części agregatów punkt neutralny prądnicy jest odizolowany od obudowy, a wtedy prąd upływu nie ma drogi powrotu, wyłącznik różnicowoprądowy w domowej rozdzielnicy nie wykryje różnicy prądów i nie zadziała w razie porażenia. Zależnie od modelu urządzenia i układu sieci rozwiązaniem jest połączenie N z PE w agregacie albo w rozdzielnicy zasilania rezerwowego. Całość prac wraz z pomiarami skuteczności ochrony przeciwporażeniowej wykonuje uprawniony elektryk, a protokół z pomiarów warto zachować.
Eksploatacja, bezpieczeństwo i koszty
Największym zagrożeniem związanym z agregatem nie jest prąd, lecz tlenek węgla. Silnik spalinowy w garażu, także przy otwartej bramie, pod zadaszonym tarasem albo pod oknem sypialni tworzy sytuację bezpośrednio zagrażającą życiu. Urządzenie ustawiamy w odległości kilku metrów od budynku, z wylotem spalin skierowanym od okien i wlotów wentylacji, a w domu warto mieć czujnik tlenku węgla, niezależny od zasilania sieciowego.
Zasilanie awaryjne bywa potrzebne raz na kilka lat i właśnie dlatego najczęściej zawodzi. Agregat wymaga uruchomienia pod obciążeniem raz na jeden–trzy miesiące, wymiany oleju zgodnie z instrukcją i po dłuższym postoju, oczyszczenia filtra powietrza, kontroli świecy oraz sprawdzenia akumulatora rozrusznika. Paliwo w kanistrach należy rotować co pół roku, a przed przerwą w użytkowaniu opróżnić gaźnik. Akumulatory zestawu falownikowego i zasilacza UPS zużywają się niezależnie od tego, czy z nich korzystamy, a wersje kwasowe po trzech–pięciu latach tracą większość pojemności, więc test podtrzymania raz na sezon jest niezbędny.
Do zasilania odbiorników bezpośrednio z agregatu używamy przedłużaczy o przekroju żył co najmniej 2,5 mm², rozwiniętych z bębna i o stopniu ochrony przystosowanym do pracy na zewnątrz. Przewód zwinięty i obciążony grzeje się, a przy długich odcinkach o zbyt małym przekroju spadek napięcia utrudnia rozruch silników.
Orientacyjne koszty
Podane kwoty są orientacyjne i dotyczą sprzętu, na którym w sytuacji awaryjnej można polegać, a nie najtańszych konstrukcji marketowych. Zasilacz UPS typu line-interactive o mocy 1000 VA, wystarczający do komputera i routera, kosztuje 300–600 zł. Zestaw do podtrzymania kotła zaczyna się od 1000–1500 zł, jeśli poprzestaniemy na prostej przetwornicy z czystym sinusem i jednym akumulatorze AGM 100 Ah, a przy dłuższej autonomii i ogniwach litowo-żelazowo-fosforanowych dochodzi do 3000–4000 zł.
Solidny agregat jednofazowy 2–3 kW z układem AVR to wydatek 2000–4000 zł. Jego odpowiednik inwertorowy jest odczuwalnie droższy, a w przypadku renomowanych marek kosztuje nawet dwukrotnie więcej, choć modele budżetowe o tej samej mocy bywają dostępne w cenie porównywalnej z dobrym agregatem z AVR. Za agregat trójfazowy o mocy 6–10 kVA zapłacimy 5000–15 000 zł, a wersje w obudowie wyciszonej i z silnikiem wysokoprężnym jeszcze więcej.
Najdroższy pozostaje zestaw z magazynem energii, przy czym rozrzut cen jest tu ogromny. Magazyny niskonapięciowe zgodne z popularnymi falownikami kosztują 400–700 zł za kilowatogodzinę, czyli 6000–10 000 zł przy pojemności 15 kWh, a systemy markowe tych samych producentów co falowniki od 800 do ponad 1800 zł za kilowatogodzinę. Falownik hybrydowy jednofazowy to 5000–8000 zł, trójfazowy o mocy 10–12 kW około 14 000 zł, a pełna instalacja 10 kW z magazynem 15 kWh i montażem około 49 000 zł. Do każdego rozwiązania trzeba doliczyć robociznę elektryka oraz, przy automatycznym załączaniu, cenę układu SZR.
Co wybrać?
Przy porównywaniu wydatków łatwo przeoczyć rzecz najważniejszą: zasilacz UPS, zestaw akumulatorowy i agregat prądotwórczy są urządzeniami jednego zastosowania. Pracują wyłącznie wtedy, gdy nie ma prądu z sieci, czyli w typowym domu od kilku do kilkunastu godzin w roku. Przez pozostałe kilka tysięcy godzin nie robią nic, a mimo to się zużywają: akumulatory tracą pojemność niezależnie od tego, czy z nich korzystamy, paliwo się starzeje, silnik wymaga rozruchów kontrolnych. Przeliczone na godzinę faktycznego podtrzymania są to rozwiązania kosztowne, nawet jeśli cena na paragonie wygląda niewinnie.
Fotowoltaika z falownikiem hybrydowym i magazynem energii jest jedynym z opisanych rozwiązań, które pracuje codziennie. Obniża rachunki przez cały rok, a zasilanie awaryjne zapewnia przy okazji, bez dodatkowego wydatku na urządzenie czekające w kącie garażu. Do tego dochodzą zalety, których nie ma żadne inne rozwiązanie: brak jakiejkolwiek obsługi, brak hałasu i spalin, automatyczne przełączenie w kilkanaście milisekund oraz stała ochrona przed wahaniami napięcia w całej instalacji, a nie tylko w jednym gniazdku, a w wersji z przełącznikiem obejmującym całą instalację również brak potrzeby przebudowy rozdzielnicy. Jeżeli dom ma już instalację fotowoltaiczną albo jej montaż jest w planach, rozbudowa o magazyn i falownik hybrydowy jest wyborem bezkonkurencyjnym i pozostałe warianty warto traktować jedynie jako uzupełnienie.
Uczciwie trzeba dodać dwa zastrzeżenia. Bariera wejścia jest wysoka, a zwrot dotyczy przede wszystkim części fotowoltaicznej. Sam magazyn energii spłaca się wolniej i w rachunku ekonomicznym warto go traktować raczej jako koszt komfortu i bezpieczeństwa niż jako inwestycję o krótkim okresie zwrotu. Drugie dotyczy sezonu: awarie przychodzą najczęściej zimą, gdy produkcja z paneli jest najmniejsza, dlatego układem najlepiej zabezpieczonym jest hybryda z magazynem uzupełniona prostym agregatem.
Dla domu bez fotowoltaiki i bez planów jej montażu wybór wygląda inaczej i sprowadza się do długości typowych przerw. Przy awariach liczonych w minutach wystarczy zasilacz UPS chroniący komputer i router. Gdy najbardziej doskwiera kilkugodzinny postój ogrzewania, najlepszy stosunek efektu do ceny daje zasilacz UPS z czystym sinusem dedykowany kotłowi albo zestaw akumulatorowy z falownikiem. Tam, gdzie prąd znika na całe dnie, żadne rozwiązanie akumulatorowe nie zastąpi agregatu, bo tylko on pozwala dolać paliwa i pracować dalej, choć kosztem hałasu, obsługi i pilnowania zapasu benzyny.
Od 1998 roku Redakcja "Budujemy Dom" tworzy społeczność pasjonatów budownictwa, którzy z chęcią dzielą się swoją wiedzą i doświadczeniem. Nasz zespół to wykwalifikowani redaktorzy, architekci, inżynierowie i specjaliści z różnych dziedzin budownictwa, którzy stale poszerzają swoją wiedzę i śledzą najnowsze trendy.
Rzeczywiście brakowało w artykule wariantu z magazynem bez paneli, a oferta takich zestawów szybko rośnie.
Jedno doprecyzowanie, w gospodarstwie domowym zysk z taryfy dynamicznej bierze się przede wszystkim z tego, że wieczorem nie kupujemy drogiej energii, a nie z jej odsprzedaży ...
Może warto byłoby wspomnieć o jeszcze jednej opcji na zasilanie awaryjne domu w energię elektryczną. Otóż pojawia się coraz więcej możliwości na montaż magazynów energii (wraz z falownikiem) bez montowania fotowoltaiki. Odbiorca taki magazynuje energię z sieci w godzinach kiedy ...
4 godziny temu, mario.bard napisał:
Przy dzisiejszych przerwach w dostawie prądu taki magazyn energii to już nie jest taki zły pomysł. Szczególnie jak ktoś ma założoną fotowoltaikę to zamiast martwić się, co się stanie podczas awarii, można mieć po prostu ...