Architekt nie może
pozwolić sobie na podjęcie
wyzwania, jakim
niewątpliwie jest projektowanie
domu, bez długiej,
poważnej i wielowątkowej
rozmowy z przyszłymi
mieszkańcami. Z architektem Piotrem Błażejewskim rozmawia Marek Żelkowski
Data publikacji: 2012-07-18
Data aktualizacji: 2012-07-18
Piotr Błażejewski: Absolwent
Wydziału Urbanistyki i Architektury
Politechniki Szczecińskiej. Po obronie dyplomu,
podjął pracę w Zespole Szkół
Budowlanych, gdzie miał możliwość pracy
na budowie. Praktyka zdobyta w tym
okresie pozwoliła mu uzyskać uprawnienia
do kierowania robotami budowlanymi.
W późniejszym okresie poświęcił się
zdobyciu szerokich doświadczeń w projektowaniu
i pracował w kilku różnych
biurach projektów. W 1989 roku nabył
uprawnienia do samodzielnego wykonywania
funkcji projektanta. Uczestniczył
w szkoleniach w zakresie wyceny nieruchomości
i zarządzania inwestycjami.
Od 1995 roku prowadzi własną pracownię
projektową Abrys. Słowo to w języku staropolskim
oznacza szkic, rysunek budowlany.
Oprócz pracy zawodowej, pracuje
społecznie, poświęcając swój czas
na rzecz miasta oraz osiedla. W sposób
szczególny jego zainteresowania skupiają
się na historii dzielnicy, w której mieszka.
Marek Żelkowski: Budynek powstał w Szczecinie na Prawobrzeżu kilka dobrych
lat temu. Od tamtego czasu zrealizował pan już wiele innych ciekawych projektów.
Dlaczego więc będziemy rozmawiać akurat o tym domu?
Piotr Błażejewski: Powodów jest kilka. Ale po kolei. Działka była i jest interesująca
– ma nieregularny kształt, ciekawy starodrzew… a ponadto położona jest w specyficznym
miejscu w pobliżu jednej z tras wylotowych z miasta. Jednak w tamtym czasie dojazd
do terenu przyszłej budowy można określić tylko jednym słowem – marny. A pod
względem otoczenia architektonicznego była to prawdziwa pustynia. Powstawał tam
wówczas wyłącznie salon samochodowy, o którym za chwilę wspomnę szerzej.
Dzisiaj
teren zupełnie się zmienił. Przez lata pojawiło się tam kilka budynków. Wszystkie związane
są z użytecznością publiczną. A tak na marginesie… część z nich projektowałem.
Zdecydowałem się pokazać ten dom, ponieważ jest dobrą ilustracją tego, że proces
projektowania jest procesem bardzo subtelnym.
Używając przenośni, to prawdziwe szycie
na miarę. Jeśli się o tym nie pamięta albo
jeśli nie ma się pełnej wiedzy o przyszłym
użytkowniku, to mogą pojawić się kłopoty.
Powiem o tym szerzej za chwilę, a na razie
ograniczę się do stwierdzenia, że projektowałem
ten budynek przy nieco innych uwarunkowaniach
niż robię to obecnie.
Natomiast
gdyby zapytać mnie, czy dzisiaj zaprojektowałbym
podobny dom, to bez wahania odpowiedziałbym
– tak, ale… ale podszedłbym
do procesu tworzenia koncepcji budynku
w zupełnie odmienny sposób. Moim zdaniem,
sam pomysł bryły budynku oraz rozwiązania
funkcjonalne zbytnio się nie zestarzały.
Zapewne dlatego, że nie był to projekt robiony
na bogato.
Skromna, modernistyczna
forma do dzisiaj trzyma się nieźle, nie razi,
a co najważniejsze, można z niej korzystać
w sposób bardzo wygody. Wróćmy jednak
do warunków projektowania, o których
wspomniałem na wstępie. Dom powstał jako
mieszkanie funkcyjne dla właściciela salonu
samochodowego, który projektowałem na tej
samej działce.
Plan Parteru
Plan Piętra
0-1 wiatrołap
0-2 hol
0-3 salon 0-4 kuchnia 0-5 jadalnia 0-6 sypialnia 0-7 garderoba
Mieszkanie funkcyjne? Zechciałby pan rozszyfrować
to sformułowanie?
Działka była przeznaczona na działalność gospodarczą
i nie można było wybudować na
niej zwykłego domu mieszkalnego w rozumieniu
prawnym. Formalnie budynek musiał
pełnić funkcję służbowego lokum i być
przeznaczony dla właściciela salonu samochodowego.
Znałem inwestora i wiedziałem,
z kim współpracuję. To był człowiek ze ściśle
określoną wizją swoich potrzeb.
Zanim jednak
zaczęliśmy rozmawiać o domu, znacznie
więcej czasu poświęciliśmy na rozmowy
o projekcie salonu samochodowego.
Omówiliśmy ją i przedyskutowaliśmy w najdrobniejszych
szczegółach. Konstrukcja
miała być na wysokim poziomie technicznym
oraz estetycznym. Wiadomo, głównym
jej zadaniem była reprezentacyjność. Kiedy
na temat salonu, jego konstrukcji oraz rozwiązań
funkcjonalnych wiedziałem już niemal
wszystko, usłyszałem, że mam… niejako
dobudować w pobliżu dom mieszkalny
– mieszkanie funkcyjne.
Najpierw bardzo się
ucieszyłem. Nikt nie gardzi przecież dodatkową
pracą. Bardzo szybko pojawiła się jednak
refleksja i zapytałem, jak ten dom ma
właściwie wyglądać. Usłyszałem koncepcję
bardzo, bardzo ogólną – dwie sypialnie na
dole, pokój dzienny, przejście z garażu do budynku,
a u góry… siłownia.
Można powiedzieć, że jako projektant dostał pan
dużą swobodę.
Kiedyś zostałem poproszony o zaprojektowanie domu przez inwestora, który mieszkał w nieco ponad czterdziestometrowym mieszkaniu. Zacząłem konsultacje i przymiarki. Spotykaliśmy się kilka razy i doszliśmy do 560 m2!
To prawda! A w dodatku dałem się nabrać na
tę pozorną wolność projektowania i brak ograniczeń
ze strony inwestora. Jedyne ograniczenia,
jakie przede mną stały, były czysto fizyczne.
Musiałem wziąć pod uwagę poziom wód
gruntowych oraz niekorzystne warunki gruntowe,
a zatem brak możliwości podpiwniczenia
oraz ograniczoną powierzchnię i wysokość zabudowy.
Wydawało mi się wówczas, że inwestor
dający taką swobodę projektantowi jest inwestorem
idealnym, wymarzonym! Płaci za
moją fantazję architektoniczną i nie narzuca
prawie żadnych ograniczeń!
Pełen entuzjazmu
zacząłem więc prace projektowe. Forma salonu
samochodowego była dominująca na tym terenie,
a zatem musiałem nawiązać do jego bryły.
Trzeba było natomiast użyć innych materiałów.
Wobec braku ograniczeń ze strony inwestora,
projektowałem tak, jak projektowałbym dla siebie.
Spełniłem też ogólne oczekiwania klienta,
a dodatkowo wyraźnie oddzieliłem część sypialną
od dziennej.
Ponieważ przez cały czas
martwiła mnie ograniczona ilość miejsca na
działce oraz brak możliwości stworzenia tradycyjnie
pojętej części rekreacyjno-ogrodowej,
wymyśliłem duży taras na piętrze. Został on zaprojektowany
w taki sposób, aby możliwe było
odizolowanie się od sąsiadującego z nieruchomością
autosalonu i trasy wylotowej z miasta.
W budynku przewidziałem również antresolę
nad salonem. Ważne było dla mnie, aby
zajmowała ona ściśle określoną powierzchnię.
Chodziło o to, żeby nie sprawiała wrażenia "dziury w suficie", tylko współtworzyła otwartą
przestrzeń, zamkniętą dużym przeszkleniem
w narożniku pokoju dziennego. Owo przeszklenie
świadomie nie zostało zaplanowane
od strony południowej. Uważam bowiem, że
znacznie większym dyskomfortem dla mieszkańców
jest przegrzanie pomieszczeń w czasie
miesięcy letnich, niż ewentualne straty ciepła
zimą. Te można przecież bez większego trudu
skompensować.
W dużym przeszkleniu pokoju dziennego
znajdują się drzwi prowadzące do ogrodu
I jaka była reakcja inwestora na pański projekt?
Nie ma na to pytanie prostej odpowiedzi. A to
dlatego, że prawdziwych lokatorów domu poznałem
dopiero wówczas, kiedy projekt dawno
już powstał, a nawet uzyskał pozwolenie na budowę.
Zdecydowanie zbyt późno! Okazało się,
że to nie właściciel salonu samochodowego
miał zamieszkać w nowym budynku, tylko jego
córka z mężem i dziećmi. Laik mógłby wzruszyć
ramionami i stwierdzić: A co to właściwie
za różnica? Tymczasem, różnica jest
ogromna! Tak naprawdę to wszystko zmieniało…
Uważam, że znacznie większym dyskomfortem dla mieszkańców jest przegrzanie pomieszczeń w czasie miesięcy letnich, niż ewentualne straty ciepła zimą.
Zresztą potwierdzeniem tego, co mówię,
była reakcja przyszłej lokatorki. Kiedy zobaczyła
pokój dzienny z nietypowym usytuowaniem
przeszklenia oraz inne moje koncepcje,
poczuła się nieco rozczarowana. I wcale się
nie dziwię! To przecież nie był dom z jej marzeń.
To był dom z mojej wyobraźni.
To właśnie
wówczas uświadomiłem sobie z całą
mocą, że architekt nie może pozwolić sobie
na podjęcie wyzwania jakim niewątpliwie
jest projektowanie domu bez długiej, poważnej
i wielowątkowej rozmowy z przyszłymi
mieszkańcami.
A wracając do początku mojej
wypowiedzi. Dzisiaj również stworzyłbym
budynek o podobnym układzie funkcjonalnym
i przestrzennym do tego, o którym rozmawiamy,
ale postąpiłbym tak tylko wówczas,
gdy oczekiwania klienta byłyby właśnie
takie. Inna droga najczęściej prowadzi architekta
do klęski! Moje szczęście polega na tym,
że mieszkająca w budynku córka właściciela
salonu, pomimo początkowych wątpliwości,
zdołała z czasem polubić moją koncepcję
i odnaleźć się w niej. Tylko dlatego odważyłem
się ten dom pokazać.
Przyszli mieszkańcy zobaczyli gotowy projekt
bardzo późno, a w dodatku początkowo nie byli
nim zachwyceni. Czy zatem udało się im wprowadzić
jakieś zmiany?
Oczywiście. Ale nie były to zmiany duże, gdyż
musiały polegać na dostosowaniu gotowego już
projektu do potrzeb konkretnej rodziny. Takie
zabiegi prawie nigdy nie są dobrym rozwiązaniem.
Ostatecznie, nie po to zamawia się projekt
indywidualny, aby go dostosowywać, tylko
po to, aby realizować marzenia. Na szczęście
dobry los sprawił, że lokatorzy domu go polubili.
Są tam dzisiaj szczęśliwi. Właścicielka podkreśla
często, że mieszka się im wspaniale…
I mówiąc szczerze, jest to dla mnie największym
komplementem.
O tym, że mieszkańcy
domu z czasem zaakceptowali moją koncepcję,
świadczy chociażby to, że wykończyli budynek
zgodnie z moimi wyobrażeniami. To duża
satysfakcja dla projektanta. Oznacza bowiem
nie tylko zaakceptowanie jego wizji, ale również
utożsamienie się z nią. Warto jednak podkreślić,
że wcale nie musiało tak być. Miałem
po prostu sporo szczęścia! Takich eksperymentów
z projektowaniem w ciemno nie polecam
żadnemu szanującemu się architektowi.
Warto pamiętać, że duży dom nie zawsze jest tym, czego potrzebujemy.
A wracając
do utożsamiania się inwestora z projektem…
Nie zawsze jest tak różowo. Miałem kiedyś
klientkę, która wybudowała dom według
mojego projektu, a następnie zaprosiła mnie,
abym obejrzał efekt końcowy. Pojechałem na
miejsce i… długo nie mogłem znaleźć owego
budynku. A przechodziłem obok niego kilka
razy! Po prostu go nie poznałem!
Projekt został poddany jakimś znaczącym modyfikacjom?
Nie! Inwestorka ozdobiła go tylko według swojego
gustu. Podkreślam, żadnych istotnych
zmian w konstrukcji. Bryła była ta sama, a jednak
dom był zupełnie inny. Każdy ma, oczywiście,
prawo do takich przeróbek, ale projektant
ma również prawo, aby nie chwalić się później
takim obiektem, który powstał niejako wbrew
pierwotnej koncepcji.
Czy współpraca z inwestorem indywidualnym
jest trudna? Co decyduje o tym, że podejmuje się
pan projektowania lub rezygnuje ze zlecenia?
Domy mieszkalne dla indywidualnych inwestorów
projektuję niezbyt często. Dwa, trzy razy
w roku. A decyduję się na podobne zlecenie tylko
wówczas, jeśli mam pewność, że będę mógł
współpracować z klientem. Ważna jest dla mnie
rozmowa wstępna. Muszę poczuć, że nadajemy
na tych samych falach. Mówiąc skrótem myślowym,
jeśli śmiejemy się z tych samych dowcipów,
to wiem że podołam zadaniu i moje propozycje
spełnią oczekiwania inwestora. Jeśli
nie, to bardzo szybko mogą pojawić się nieporozumienia
i kłopoty.
Mówiąc skrótem myślowym, jeśli śmiejemy się z tych samych dowcipów, to wiem że podołam zadaniu i moje propozycje spełnią oczekiwania inwestora.
Chciałbym zostać dobrze
zrozumiany. Nie ma w tym, co mówię elementu
oceniania. Jeśli nie rozumiem się z potencjalnym
inwestorem, to wcale nie oznacza, że on
jest zły a ja dobry lub że on nie ma dobrego gustu
a ja go mam! Wniosek jest zupełnie inny
i brzmi następująco: to nie ja jestem architektem,
który powinien stworzyć projekt jego domu.
A jakie pytania zadaje pan inwestorom podczas
konsultacji? Czego musi się pan o nich dowiedzieć?
Bardzo rzadko zdarza się, że zgłaszają się do
mnie przypadkowi inwestorzy. Najczęściej
z moich usług korzystają ludzie, dla których
wykonywałem już wcześniej jakieś prace albo
osoby z tak zwanego polecenia. Z częścią inwestorów
współpracuję przez lata. W takich
przypadkach problemy raczej się nie pojawiają.
Znacznie trudniej jest, jeśli mam do czynienia
z kimś, kogo zetknął ze mną przypadek.
Jedno
z pierwszych pytań, jakie wówczas zadaję,
brzmi: dlaczego chce pan/pani budować dom?
Pragnę poznać motywacje, doświadczenia.
Człowiek uczy się przecież na własnych błędach.
Jeśli już kiedyś budował, to można uniknąć
przynajmniej tych podstawowych.
Ważny
jest również etap życia, w którym znajduje się
inwestor. Czy jest on na początku swej życiowej
drogi, kiedy myśli się o rodzinie, dzieciach
i dynamicznie zmierza do obranych celów, czy
też może osiągnął już ten etap, w którym ważna
jest równowaga oraz wyciszenie, a wir codziennego
życia i wyścig ze światem nie pociągają
już tak bardzo. To oczywiście są schematy,
ale wiedza jest bardzo konkretna i przekłada się
na wyobrażenia dotyczące preferowanego, wygodnego
sposobu życia.
Proszę zabrać czytelników miesięcznika
Budujemy Dom na wirtualny spacer po domu
przy salonie samochodowym.
Wejście do budynku, który ma około 260 metrów
kwadratowych, usytuowane jest od strony
południowej. Nie do końca wierzę w Feng
Shui, ale uważam, że taki układ jest prawidłowy
i korzystny. Zaraz za drzwiami wejściowymi
znajduje się duży przedsionek – wiatrołap. Zmieści się w nim bez trudu kilka osób,
można swobodnie zdjąć płaszcz, przywitać
się… lub pożegnać.
Zdjęcie u góry: Wejście do części sypialnej domu znajduje
się pod schodami prowadzącymi na antresolę
Zdjęcie po lewej: Bryła domu harmonijnie współgra
z jego otoczeniem
Bezpośrednio z przedsionka
wchodzi się do części dziennej domu, do salonu.
Po prawej stronie znajduje się wejście do
części sypialnej budynku. Natomiast po lewej
udało się wygospodarować miejsce na pomieszczenie
gospodarcze – pralnię, suszarnię itp.
Po tej samej stronie znajduje się również mała
ubikacja. Część sypialna, o której wspomniałem,
składa się z właściwej sypialni, garderoby,
łazienki oraz pracowni pana domu. Jego
pasją jest malarstwo. Potrzebuje zatem swojej
zamkniętej przestrzeni, w której może spokojnie
tworzyć.
Sypialnia właścicieli domu
Pokój dzienny, o wysokości dwóch
kondygnacji, jest połączony z otwartą kuchnią
i jadalnią. Wielu inwestorów często zastanawia
się, na jaki rodzaj kuchni powinni się zdecydować.
Odpowiedź jest bardzo prosta. To zależy,
w jaki sposób owo pomieszczenie będzie
użytkowane oraz jakie są rodzinne preferencje.
Jeżeli domownicy lubią wspólnie gotować, jeżeli
sprawia im to radość, wówczas warto postawić
na otwartość. Trzeba również wziąć pod
uwagę, że taka kuchnia wymaga stałego utrzymywania
w niej porządku.
Otwarta kuchnia
to przede wszystkim
propozycja dla osób, które
lubią wspólne, rodzinne
gotowanie
Bardzo istotna dla
funkcjonowania omawianego domu jest spiżarnia,
przez którą można przejść do garażu.
Dzięki niej utrzymanie porządku w kuchni
jest łatwiejsze. Produkty spożywcze, przywożone
do domu, mogą pozostawać w spiżarce
aż do czasu, kiedy będą potrzebne. Wędrując
dalej po domu, trafimy do pokoju dziennego.
W przeszkleniu zlokalizowane są drzwi prowadzące
na niewielki taras otoczony zielenią,
izolującą dom od tej części działki, na której
znajduje się salon samochodowy.
Na piętrze, po lewej stronie schodów,
usytuowane są drzwi prowadzące na taras
W pokoju
dziennym znajduje się również otwarta klatka
schodowa. Drewniane stopnie prowadzą
na antresolę. Na piętrze tuż przy końcu schodów,
po lewej stronie, znajduje się wejście na
duży taras ze ścianą parawanową, której zadaniem
jest izolowanie wzrokowe i są w mniejszym
stopniu – akustyczne od pobliskiego ciągu
komunikacyjnego. Oprócz tego, na piętrze są
jeszcze trzy pomieszczenia: pokój syna właścicieli,
pokój gościnny z drugim mniejszym tarasem,
a pomiędzy nimi łazienka.
Czy ma pan jakieś rady dla inwestorów pragnących
zamówić projekt indywidualny?
Kiedyś zostałem poproszony o zaprojektowanie
domu przez inwestora, który mieszkał
w nieco ponad czterdziestometrowym
mieszkaniu. Zacząłem konsultacje i przymiarki.
Spotykaliśmy się kilka razy i doszliśmy do
560 m2! Kosmos, ale w latach dziewięćdziesiątych
nie była to taka rzadkość, jak obecnie.
Chcąc jednak zaprojektować taki metraż
w dzielnicy, w której dominowało stare budownictwo
jednorodzinne, należało trochę
się wysilić. Przede wszystkim trzeba było rozbić
bryłę budynku na drobniejsze elementy.
Zabieg taki pozwolił ukryć rzeczywistą wielkość
domu. Chodziło o to, aby każdy, kto ogląda
go z zewnątrz, widział za każdym razem
tylko kawałek domu. Udało się! Ale tu pewna
anegdota i przestroga.
Po zakończeniu inwestycji,
zostałem zaproszony na spotkanie towarzyskie,
rodzaj parapetówki. Towarzyszącą
mi osobę zaniepokoiło milczenie właściciela
domu. Siedział i prawie się nie odzywał.
Chcąc rozładować atmosferę, zapytałem gospodarza,
czy jest zadowolony z ukończonej
inwestycji. W odpowiedzi usłyszałem: "Tak,
panie Piotrze, jestem bardzo zadowolony, ale
jednocześnie tak zmęczony tą budową, że już
nie mam siły się cieszyć".
Warto pamiętać, że
duży dom nie zawsze jest tym, czego potrzebujemy.
Lepiej dostosować metraż inwestycji do
swoich rzeczywistych potrzeb, a nie do grubości
portfela! Nie warto budować wielkiego
domu, jeśli wystarczy nam mniejszy.
Inwestor
powinien pamiętać, że każda decyzja, jaką podejmuje
na etapie projektowania, będzie skutkowała
najpierw kosztami na etapie budowy,
a później przez lata kosztami eksploatacyjnymi.
A prawda jest taka, że znacznie trudniej
projektuje się funkcjonalny, przyjazny, wygodny
dom o powierzchni 120 metrów kwadratowych,
niż dom, który ma tych metrów 500!
Jak pan postrzega polskie budownictwo jednorodzinne?
Czy ci, którzy narzekają, że krajobraz
w naszym kraju jest zaśmiecony, mają rację?
W Szczecinie istnieje dzielnica domków, która
powstała jeszcze przed II wojną światową,
jako zwarty, spójny architektonicznie kompleks.
Bardzo podobny w założeniach zespół
urbanistyczny można zobaczyć również
w Berlinie. Do czasów, kiedy domy użytkowali
Niemcy, zachowały one pewną spójność
wizualną i pierwotny charakter nadany im
przez projektantów.
Obecnie, każdy z tych
segmentów jest przebudowany, przerobiony
i ozdobiony w taki sposób, aby odróżniał się
od pozostałych. Tymczasem podobne dzielnice
w stolicy Niemiec zachowały swój pierwotny
charakter. Myślę, że jest to najlepsza
ilustracja problemu, który pan zasygnalizował.
W naszym kraju, każdemu zależy na odróżnieniu
się, na indywidualności. W przypadku
ładu przestrzennego… nie jest to,
niestety, korzystne zjawisko. Ale walczenie
z nim za pomocą zakazów i nakazów to utopia.
Na przykład tam, gdzie jest administracyjny
nakaz stosowania stromych dachów,
zawsze można zaprojektować dach płaski,
przy którym jakiś architektoniczny bajer będzie
udawał owe wymagane skosy. Jestem
przeciwny takim rozwiązaniom! Architektura
nie powinna niczego udawać! Plany zagospodarowania
przestrzennego mają natomiast
pomagać, a nie przeszkadzać w projektowaniu.
Nie jest sztuką stworzenie listy zakazów
i nakazów.
Warto natomiast wiedzieć, w jakim
celu owe ograniczenia się tworzy. Czy to
budowanie nowej jakości, czy może tylko kaprys
decydentów? W architekturze ważne są
trzy elementy: funkcja, forma, konstrukcja.
Jeżeli nie współgrają ze sobą, a tak dzieje się,
gdy projektant zmuszony jest wstawiać do
projektów wspomniane architektoniczne bajery,
to mamy do czynienia ze złą architekturą.
Po prostu złą!